BIEGANIE ZA BIEGUSAMI
2008 – POCZĄTEK NAŁOGU                                                                          

Biegusy nie są ptakami pospolitymi a na pewno nie są pospolite na Kurpiowszczyźnie. W lipcu trafiłem na grupkę ptaków, w których większość stanowiły biegusy. Czyżby tak wcześnie odlatywały na południe? Musiały być chyba zmęczone, bo usiadły w miejscu dość często odwiedzanym przez mieszkańców miasta zwanym starą plażą. Nigdy w tym miejscu nie widziałem tak interesujących ptaków. Było to późnym popołudniem. Następnego dnia niestety śladu już po nich nie było. W kolejnych dniach również nic ciekawego w tym miejscu się nie działo. Drugie podobne spotkanie miałem około dwa miesiące później, kiedy to wracając po długim spacerze po nadnarwiańskich starorzeczach znów spotkałem podobną grupkę. Batalion, krwawodziób, biegusy zmienne, krzywodziobe, malutkie, piaskowce. Banda wesolutkich, energicznych małych ptaszków była fantastyczna. Usłyszałem je z odległości ok. 100-150m. Rozpocząłem powolny podchód. Jak to zwykle bywa biegały przy linii wody oddzielonej od twardego lądu pasem błota o kilkunastometrowej szerokości. A co tam, raz się żyje – wlazłem w to błoto, chociaż nie miałem kaloszy ani woderów. Skróciłem dystans do ok.15 m a chwilowo do ok. 10. Niestety ciemność, brak maskowania, manualny obiektyw i szumiące wysokie ISO zrobiły swoje i fotograficznie biegusy wieczorową porą okazały się dla mnie zbyt trudnym wyzwaniem ale mimo wszystko godzinka spędzona wśród tych energizerów zapadła mi głęboko w pamięć. Już kombinowałem jakby tak jeszcze ciut bliżej się do nich dostać i użyć lampy, kiedy usłyszałem głos największych przyjaciół człowieka. Dwa Burki już gnały w moją stronę a za nimi podążał gość niedbale wymachujący grubym kijem. Grzecznie wyjaśnił mi, że nie jest to teren ogólnie dostępny i niestety o porannym czuwaniu w tym miejscu nie może być mowy. Często zapominam, że przechodząc przez płoty, bramy, szlabany, mury i inne zapory podejmuję jakieś ryzyko… Pozostały wspomnienia i niewyraźne zdjęcia, ale na pewno wiem, że kiedyś dobiegnę do biegusów na pięć metrów. 

2009 – ROZWÓJ CHOROBY 

Minął kolejny rok. Czy udało mi się dobiec do biegusa na pięć metrów? Właściwie tak, ale… Nie obyło się jak zwykle bez przeciwności losu i zakładam, że w biegusowym temacie nie jest to moje ostatnie słowo. W roku 2008 w pierwszych dniach lata rozpoczynałem dopiero swoją przygodę z fotografią przyrodniczą i nie udało mi się uwiecznić biegusów z tamtego okresu. W chwili obecnej bardzo tego żałuję. W zeszłym roku w lipcu widziałem większość gatunków, jakie można zaobserwować w Polsce. Były to biegusy rdzawe, krzywodziobe, płaskodziobe, małe, malutkie i zaliczane przeze mnie do biegusopodobnych piaskowiec i kamusznik. Na początku lipca nie spotkałem żadnej alpiny! Dla mnie największym rarytasem były biegusy krzywodziobe. W tym czasie jeszcze w pięknych barwach godowych. W sierpniu był zastój a we wrześniu jak zwykle biegusy zmienne i na okrasę w małych ilościach malutkie, płaskodziobe, małe, piaskowce i krzywodziobe. Po takich spotkaniach porządnie przyszykowałem się na lato 2009. Pierwsze rozczarowanie było bolesne. W lipcu nie widziałem ani jednego biegusa. Trochę skłamałem – nie widziałem w mojej okolicy. Spotkałem je będąc na wczasach. Niestety podchody w trudnych afrykańskich warunkach bez sprzętu maskującego nie zaowocowały pięknymi zdjęciami, ale za to napatrzyłem się na biegusy w ilościach, jakich prawdopodobnie nigdy nie zobaczę w Polsce mieszkając 300km od morza. Najpiękniejsze były… oczywiście krzywodziobe. Szkoda, że nie było ich na plaży tak jak u nas na przelotach jesiennych. Dają się podejść bliżej i na plażowym piasku człowiek kładzie się z przyjemnością w odróżnieniu od afrykańskiego, pustynnego pyłu zmieszanego z mułem wysychających salin – brr…. Moją diagnozą wyjaśniającą brak biegusów w lipcu 2009 w dolinie środkowej Narwii jest wyższy poziom wód gruntowych w tym roku niż w latach poprzednich. Do połowy sierpnia było wiele zalanych łąk, które są mokre tylko raz na kilka lat. Piaskowe łachy i grądziki wykorzystywane przez ptaki w 2008 roku ostatniego lata były często pod wodą. Właściwie powyższą hipotezę można odnieść nie tylko do biegusów, ale generalnie do siewkowców, które rozleciały się po łąkach w małych grupkach zamiast siedzieć w jednym miejscu i czekać aż je sfotografuję. W lipcu napotkałem tylko lęgowe sieweczki i krwawodzioby oraz nieliczne łęczaki, które coraz bardziej podejrzewam o odbywanie lęgów na nadnarwiańskich błotkach. Przyznam szczerze, że nie penetrowałem okolicznych stawów rybnych i żwirowni pod kątem obecności biegusów a być może właśnie takie rejony sobie upatrzyły w tym sezonie. Sierpień również nie był dla mnie łaskawy. Na szczęście pod koniec miesiąca pojawiła się w końcu alpina. Kładłem się kilka razy żeby ją dopaść, ale niestety, jeden ptak na kilkaset hektarów nie napawał mnie optymizmem. Próbować jednak trzeba. Miałem go kilka razy na dystansie około dwudziestu metrów, czyli akurat na tyle, żeby sobie popatrzeć. Początek września rozwinął nowe możliwości. Doleciały jeszcze dwa zmienne i malutki. Chodziły za trzema batalionami. Coś tam kombinowałem, ale to wciąż nie było „to”. Najlepiej robić zdjęcia biegusom na płaskim terenie. Ma to jednak taką wadę, że jeżeli poziom wody podniesie się o jeden centymetr to na grądziku może to być kilka metrów mniej lub więcej wybrzeża. Kilka razy sparzyłem się na tym. Zrobiłem maskowanie wieczorem, a rano było ono 10m od brzegu. Efekty tych potyczek pokazuję poniżej. Oceniając nieco na swoją korzyść mogę powiedzieć, że w końcu w walce z biegusami jest remis, bo jakieś foty mam. Wrzesień w pełni. Syncio już dziarsko chodzi do szkoły i musi odrabiać lekcje. Na szczęście moja ukochana żoncia najczęściej boryka się z tym tematem a ja wciąż dostaję biegusową dyspensę. Kiepska pogoda we wrześniu powoduje, że biegusów jest jak na lekarstwo. Kiepska znaczy słoneczna, ciepła, wiatr południowy itp. Żeby tak zakręciło, zawiało, popadało kilka dni a potem, jak już bieguski się zagubią mogłoby wyjść słoneczko. Pomimo przeciwności losu ruszamy z synkiem kolejny raz na poszukiwanie ptaszków. Lornetka w góre no i … są, osiem alpin i młoda sieweczka obrożna. Jest niedziela, godz. 12 w południe. Powrót do samochodu, aparat, gumowce i w błotko. Teraz już wiedziałem, że w tym roku jest to mecz ostatniej szansy. Klęknąć w błotku albo usiąść a może położyć się na boczku – sama przyjemność. Podchód przerwał mi Kuba, który został kilkadziesiąt metrów z tyłu. Słyszałem wyraźnie krzyki myszołowów, ale nie zwracałem na nie uwagi. Przyjdzie na nie czas zimą. Okazało się, że trzy myszaki krążyły nad moim synkiem dosyć nisko a nad nimi, już wysoko, zataczał koła błotniak stawowy no i przezorne dziecko chciało spytać, czy ptaki mogą go porwać. Później uzyskałem naukowe wyjaśnienie, dlaczego właśnie nad tym ośmioletnim człowiekiem krążyły drapole: - Ja robiłem kijem dziury w ziemi i one mogły myśleć, że jestem myszką – usłyszałem bardzo dobre wyjaśnienie powyższego problemu. I co Wy na to? Wróćmy jednak do biegusów. Udało mi się uzyskać rozsądny dystans zdjęciowy jednak ptaki ustawiały się do mnie tyłem. Zrobiłem postój ale ptaszki oddaliły się o kilka metrów. To nie był dobry pomysł. Nie miałem już siły na długi marsz w kucki a wyprostowanie się oznaczałoby koniec zabawy. Oceniłem sytuację. Za około trzydzieści metrów było miejsce, w którym krowy schodziły do wodopoju. No to czekam na krowę. I doczekałem się. Przyszła krasula jak się patrzy. Porządna kurpiowska krowa. Biegusy przerwały marsz. Popatrzyły na mnie i na krowę i rozsiadły się na odpoczynek. Główki pod pachę i udają, że ich nie ma. Na to czekałem. Odrobiłem dystans i zyskałem jeszcze troszeczkę. Czy to było pięć metrów? Może nie dokładnie, ale z dużą dozą optymizmu można uznać, że niewiele więcej. Na pewno mniej niż dwadzieścia ;-) Krowa niestety jakoś szybko ugasiła pragnienie i biegusy poszły a raczej należałoby powiedzieć pobiegły dalej. Sami oceńcie, czy warto było tak się męczyć. Wciąż jednak czułem biegusowy niedosyt. Pogoda trochę się popsuła, napłynęły ciemne burzowe chmury. Wyruszyłem na łowy po raz ostatni w tym roku. Położyłem się na błotku. W dali widziałem alpiny. Kilka sztuk. Na okrasę jeden młody batalion i ożywiająca towarzystwo młoda sieweczka obrożna. Zrezygnowałem z biegania za ptakami. W końcu ma się już swoje lata i nie wypada ciągle biegać po jakimś tam błocie. Położyłem się i czekam aż one w końcu do mnie przyjdą. Tak do końca to nie wiem czy to był błąd czy nie. Bo z jednej strony jedna z burzowych chmur zawisła nade mną i zabrała mi całe światło ale z drugiej … biegusy na przeczekanie burzy wybrały sobie miejsce pięć metrów przede mną. Co prawda dwa najbliższe stanęły do mnie tyłem i jak zwykle główki schowały pod skrzydła ale kolejne były dwa, trzy metry dalej. Kilka fotek zrobiłem. Niestety musiałem szybko się zbierać bo leżałem pod siatką na naprawdę grząskim gruncie i po kilku minutach ulewnego deszczu miałbym problem z ewakuacją. A teraz najlepsze z tej całej historii. Wyszedłem spod siatki, zwinąłem karimatę, spakowałem sprzęt i stanąłem pięć metrów od biegusów. Patrzyły zaciekawione, ale nawet kroczku nie zrobiły. Chyba mnie polubiły :) Oddaliłem się powoli pozostawiając je na pastwę burzy. Na pamiątkę pozostało kilka zdjęć. Ach, gdyby tak w tym czasie wpadł, chociaż na dziesięć sekund, promień słońca ale niestety, rzeczywistość często bywa brutalna. Czasy w najlepszych momentach skrócone do ok.1/100 sekundy, pełna dziura i ISO 1600 odbiły się na jakości zdjęć ale z drugiej strony są to biegusy sfotografowane przeze mnie z najmniejszej odległości a to z kolei działa na moją korzyść. Za rok biegamy dalej! 

2010 – ŁYKAM LEKARSTWA 

Po dwóch latach obserwacji poznałem trochę zachowanie ptaków. Obserwując pogodę, poziom wody wybieram konkretne dni. Stawiam w błocie dziecinny namiocik o wymiarach 120x120x80, w którym nawet dziecko ma ciasno, i czekam. Wszystko jest ok. – błoto mięciutkie, słoneczko świeci, ptaszki gdzieś tam też są. Tylko gdzie? A są kilka metrów za mną. Wybrały sobie akurat kałużę na moich tyłach. Zabawa z nimi jest przednia. Odlatują stadem, latają bardzo szybko, nagle siadają i nagle znów odlatują. W końcu przylecą i do mnie. No i były. Kilka całkiem fajnych fotek udało mi się zrobić. Niestety były tylko biegusy zmienne i malutkie. Dwa tygodnie później udało mi się jeszcze zbliżyć do piaskowców, ale już niestety w gorsza pogodę. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze przylecą w pełnym zestawie gatunkowym. 

2011 – ŻARŁO, ŻARŁO I ZDECHŁO 

Taki brzydki rozdział, ale co można innego powiedzieć. Zmienił się układ wód i błotek na moim terenie i ptakom wyraźnie się to nie spodobało. Było ich bardzo mało i nawet nie próbowałem ich fotografować. Może za rok będzie lepiej :) 
Kreator www - przetestuj za darmo