KULON - HISTORIA JEDNEGO ZDJĘCIA

Nigdy nie miałem zamiaru pisać artykułów pod tytułem „Historia jednego zdjęcia” ale … No właśnie co jakiś czas pojawiają się pytania jak to było, jak to jest fotografować taki lub inny gatunek, czy długo czekałeś itp. itd. Nie wiem czy pociągnę ten wątek ale jeden artykuł napiszę. Najwięcej pytań zawsze było o kulona. Kuriozalnie rzeczywiście jest to historia jednego zdjęcia.

Kulon to ptak zasiedlający w przeszłości dolinę Narwi i Bugu i inne miejsca w Polsce ale w pobliżu tych dwóch rzek utrzymywał się chyba najdłużej i z tego rejonu pochodzi kilka obserwacji z ostatnich kilkunastu lat. W tej chwili informacji o lęgach kulona brak a spotkania są chyba nawet rzadsze niż sporadyczne.

Z kulonem spotkałem się w czasach LO czyli … w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Być może nawet wcześniej tylko wtedy jeszcze nie przedstawiliśmy się sobie. Pierwsze spotkanie oko w oko pamiętam do dzisiaj. Potężna nadnarwiańska łąka ciągnąca się na wyższym brzegu na przestrzeni kilku km. Miejscami suchutkie, drobnopiaszczyste grądziki. Roślinność stepowa. Kilka kęp karłowatych sosen przy których jesienią przecudnie „paliły” się wrzosowiska. Były to jakby wyspy w morzu zielonych łąk, które zajmowały wszelkie obniżenie terenu. Prawdopodobnie rzeka zmieniła kilka tysięcy lat temu koryto. Obecnie brzeg wraz z kawałkiem lądu są wysoko. Potem grunt spokojnie opada by za kilkaset metrów podnieść się. Cała ta niecka opiera się o las. Teren zdobywają jałowce wyrastające jak ciemnozielone płomienie w dość luźnych grupach. Ten duży obszar przemierzają dziesiątki krów i koni. Taki obrazek jest w kilku miejscach wzdłuż Narwi. Ten i podobne obszary zasiedlany był przez kulony. Według mnie ptaki lubią suche, piaszczyste, rozległe miejsca. Również pastwiska systematycznie „wykaszane” przez pasące się zwierzęta są im przyjazne. 

W tamtych czasach kulonowe okolice były miejscem, w które jeździliśmy na szkolne biwaki w czerwcu i we wrześniu. Dodatkowo akurat po drugiej stronie wspomnianego lasu miałem ciocię, która gotowała a przede wszystkim piekła niesamowite rzeczy. Ci, którzy mnie już trochę znają wiedzą, że za dobre ciasto mógłbym … i przez ten las przejść. Okoliczności do spotkań z kulonami były jak widać bardzo obiecujące ale przyznam szczerze, że moje zainteresowania przyrodnicze w tym czasie były raczej mocno ogólne. Nie chodziłem na te łąki aby spotkać kulona tylko aby poleżeć na kocyku albo zapalić ognisko i upiec coś dobrego. I właśnie kocyk okazał się kluczem do sukcesu.

Kulony można było zauważyć z daleka bardzo łatwo. Ok, może nie bardzo ale z perspektywy lat jakie upłynęły od tamtego czasu można tak powiedzieć. Wystarczyło mieć lornetkę i posiedzieć kilka godzin na jakiejś górce obserwując krowy lub konie. Stado przesuwało się powoli i prędzej czy później przed zwierzętami pojawiał się kulon wychodzący z trawy. Może powinienem powiedzieć to tak, że po tygodniu siedzenia z lornetką prawdopodobnie kulona dałoby się zobaczyć … z daleka. A jak go zobaczyć z bliska? Ano właśnie, trzeba mieć kocyk i …fajną koleżankę. Zamiast siedzieć tydzień na górce z lornetką można poleżeć we dwoje na kocyku. Z jednym zastrzeżeniem – nie na górce ;-) Ups popełniłem jakaś gafę. Przecież mamy w naszym światku również panie, które pokazują nam miejsce w fotograficznym szeregu więc może być kocyk i fajny kolega.
A właśnie Karolina, co tam u Ciebie słychać? 
Słyszę przez ścianę, że mówię jakbym był z XIX wieku… Pomińmy więc towarzystwo – może być białe, czarne, mieszane ilość i płeć nieograniczona itp.itd… ważne, że mamy kocyk odpowiedniej wielkości. Teraz najważniejsze. Nie kładziemy się na górce, w dołku, w krzakach i nie wchodzimy na drzewo. Przecież będąc w tak doborowym towarzystwie nie będziemy gapili się całymi dniami przez lornetkę na krowy i konie. Trzeba zrobić tak, aby kulony same przyszły do nas na kocyk albo, biorąc pod uwagę tłok na kocyku, w najbliższe jego okolice. Tu przydaje się wiedza zaczerpnięta od najmłodszych lat z niesamowitego gatunku filmowego jakim bez wątpienia jest albo był western. W latach siedemdziesiątych wszyscy czekali na western bo wiadomo było, że western to produkcja zachodnia. Poza Lemoniadowym Joe i Winetou oczywiście. Uważny telewidz mógł zobaczyć, że wszelkie zwierzęta schodzą się do wody w jednym miejscu. Schodziło się bydło i konie. Schodziły się jelenie, niedźwiedzie i bizony. Uważny i inteligentny telewidz powinien wyciągnąć wniosek, że kulony również zejdą się do wodopoju w tym samym miejscu. 
Tak więc wystarczyło znaleźć swobodne dojścia do rzeki i już. Prawie już bo tam gdzie do rzeki schodzi kilkadziesiąt krów leżenie na kocyku może nie być przyjemne. Jedno miejsce było dla nas idealne. Od najbliższych zabudowań było kilkaset metrów i do tego zasłaniał jest sosnowy zagajnik. Dojście do wody było płaskie i cudownie narwiańskie z białego piasku jakiego nie ma w Egipcie czy innej Turcji. Tam też spędzaliśmy większość czasu plażując za dnia a wieczorem paląc ognisko w zagajniku.
W czasie błogiego leżenia na kocu zdarzało się, że konik podszedł i dmuchnął w ucho albo zeżarł kanapkę. Niby się odpoczywało ale generalnie oczy mieliśmy dookoła głowy bo do sklepu 5km więc jak koniki za dużo zjedzą to my pomrzemy z głodu.
Pewnego dnia leżąc tak w błogiej (chyba) bezczynności poczułem na sobie czyjś wzrok. To samo napisałem na forum przyrodniczym o ostatnim spotkaniu. Czy to przypadek? Nie wiem, może. Kulon ma wielkie ślepia więc jego wzrok można poczuć. Otworzyłem oczy. Na skraju pastwiska stał kulon. Nic sobie nie robił z ciał porozrzucanym na piasku. On tak może stać i stać. Więc stał chyba poł dnia albo raczej pół minuty. Za chwilę przydreptał drugi. Ktoś się przeciągnął na kocu wypinając w górę to i owo zbyt mocno i kulony drgnęły i kucnęły. Stojący kulon jest z wyglądu specyficznym ptakiem. Kulon w kucki jest ptakiem cudakiem. Takie kucnięte kulony nie ruszają się przez dłuższą chwilę. Po chwili jeden wstał i odszedł. Potem drugi. Wstałem zobaczyć gdzie się podziały i odfrunęły mi z trawy dosłownie spod nóg czyli z odległości pewnie 20 metrów. Śledziłem ich lot do końca po raz pierwszy. Później okazało się, że odlatują zawsze po trajektorii w kształcie litery „L”. 
W tamtych czasach nie zdawałem sobie sprawy, że tych ptaków lada chwila nie będzie. Miejsca takie jak opisywane wcześniej znałem trzy. Dodatkowo siedliskiem kulonów była prawdopodobnie znana żwirownia. Moje zainteresowanie ptakami wzmagało się systematycznie po roku 2000. Kilka lat temu zacząłem rozglądać się za kulonami. Przeczesałem znane mi miejsca ale kulonów nie znalazłem. Lokalni rolnicy pamiętali te ptaki. 

Dokładnie pomiędzy dwiema dawnymi lokalizacjami zamieszkałymi przez kulony był jeszcze jeden płaski, rozległy i miejscami suchy obszar. Tam też często przylatywało stado kulików żerując sobie spokojnie wśród traw. Obserwując te kuliki dwa, trzy razy zobaczyłem też innego ptaka. Niby podobnego ale bez krzywego i długiego dziobala. Odlatywały po trajektorii w kształcie litery L. Serce biło szybciej ale nie mogłem oznaczyć tego gatunku na 100%. Odległość duża a sprzęt optyczny miałem wtedy totalnie pozaklasowy. Nadzieje jednak gdzieś tam w duszy się tliły.

Jak powstało moje zdjęci ekulona?
Ponieważ w ogóle siewek wokół mnie było malutko. Nawet rycyków nad Narwią nie widywałem. Zdecydowałem się na penetrację terenu, na którym praktycznie nic się ciekawego nie kręci poza przelotnymi kulonami i kobczykami oczywiście. Fajnie to brzmi ale prawda jest taka, że kobczyki widziałem tam kilka lat temu a kulona to wydawało mi się, że widziałem chyba dwa, trzy razy. 
Bezpośrednia relacja:
„No to jadę zrezygnowany i rozglądam się dookoła. Tłumu kobczyków nie widać.
Nagle…… gdzieś z boku……. Czuję to bardzo mocno……. Ktoś się we mnie wpatruje….. jednak ja nic nie widzę !!! 
W ostatniej chwili pędząc 7,5 km/h spostrzegam w zagłębieniu przy drodze coś dziwnego….. wielkie żółte oczyska na dwóch długich nogach… 
Smok przemyka mi pierwsza myśl…. 
No nieeeee …… taki mały ????? Może jakiś bazyliszek…….. 
Jeśli nie smok i nie inny jaszczur to na pewno…….. kulon !!! 
Tylko jak to zrobić, żeby mieć jego zdjęcie. 
Stoi, czyli nie jest mocno wystraszony. Zaniepokojony kulon siada albo kuca w bardzo śmieszny sposób i udaje kamień.
Problem jest jednak taki, że aby zawrócić muszę kawałek podjechać – ukształtowanie terenu nie pozwala na szybki manewr. Cofanie nie wchodzi w grę, bo miałbym drzwi po stronie ptaka. A może lepiej zrobić fotkę z auta oby tylko zrobić?
Jadę dalej i zawracam. Podjeżdżam na taką odległość, aby zza samochodu zrobić zdjęcie. Zawsze to nieco lepsza perspektywa niż zdjęcie z okna.
Niestety kulon kuca, co nie wróży nic dobrego. Wyczołguję się z auta i zalegam na drodze. Kulon niestety jest w stosunku do mnie w dołku. Podnoszę się na łokciu no i widzę …… jego kuper. Wiatr przywiał kawałek foliowego worka po nawozach czy coś podobnego i akurat zasłonił mi nim głowę ptaka. Kilka próbnych zdjęć. I tak wszystko na nic. Gorące powietrze tuż nad ziemią faluje jak oszalałe. Wszystko nieostre. Trzeba zmniejszyć dystans. Spokojnie zaczynam się zbliżać. Po prostu czuję, że nie mogę tego … zepsuć. Już widzę całą serię zdjęć. Kulon siedzi, biega, skacze, łapie konika polnego. Potem zza kępy trawy wychodzi drugi, tokują, zakładają gniazdo, wysiadują jaja, wylęgają się młode, dorastają i odlatują a ja to wszystko mam na karcie. Mówię Wam cudo fotki … 
Wracając na ziemię…. Jestem bliżej. Chyba dam radę. Ptak mnie nie widzi. Kładę się i czekam. Nie będzie przecież siedział godzinami. Wyjdzie a ja wtedy go sfotografuję. Czekam, czekam, czas się niemiłosiernie dłuży, mijają wieki….. pewnie od wyjścia z auta minęła jedna minuta i siedemnaście sekund. 
Gdzieś z daleka słyszę skrzyp-wziuuut, skrzypppp-wziuuut…. o luuuuudzie!!! Chłop po krowy jedzie na rowerze. TĄ DROGĄ….. Kulon chyba też słyszy. Wycina w długą jak strzała ale na szczęście po kilku kroczkach staje na sekundę i udaje mi się złapać ostrość. Trzy w miarę ostre i praktycznie identyczne klatki. Odleciał tyłem do mnie.”

Ale jedna fotka to zawsze lepiej niż brak fotek. Kulonik fajowy ale jakiś taki mały mi się wydawał jak na kulona. Kolejne trzy dni penetruję teren ale już go nie ma.

Dla osób niefotografujących pierzastych stworzeń to właściwie nic nadzwyczajnego. Dla fotografujących adrenalina w czasie takiej akcji jest bezcenna. Widok kulona w wizjerze aparatu po prostu miód. Wrażenie, że jest metr ode mnie niesamowite. Spojrzenie żółtych, smoczych oczu pozostanie mi w pamięci jeszcze długo i mam nadzieję, że jeszcze je zobaczę.
Kreator www - przetestuj za darmo