KUROPATWA - DOBRA BO POLSKA

Polskość można kojarzyć z różnymi tematami. Ważne aby w ogóle z czymś kojarzyć naszą tożsamość narodową. Miałem wielkie szczęście wychowywać się w rodzinie, w której słowo Polska miało ogromne znaczenie.Tata był repatriantem z ziem utraconych, dlatego też już jako „małolat” odwiedzając rodzinne strony Taty, czyli przepiękną Puszczę Nalibocką, widziałem i słyszałem cietrzewie, głuszce, wilki a z małymi rysiami i wilczętami odchowywanymi w zagrodach bawiłem się jak z kociętami i psiakami. Łosie, dziki, jelenie, wilki, rysie a w latach siedemdziesiątych jeszcze bardzo rzadkie w Europie nizinne niedźwiedzie brunatne (ostatni zastrzelony został w latach siedemdziesiątych) były tam typowym elementem krajobrazu. Niestety gospodarka radziecka, ekspansywna i nieprzemyślana melioracja oraz polowania zrobiły swoje i znaczna część wymienionych wspaniałości odeszła w niepamięć lub znacznie zmniejszyła swoją liczebność. Prawie niespotykaną już cechą Polaków pochodzących zza aktualnej wschodniej granicy było to, że dla nich Polska była jedna i bardzo ważna, bez znaczenia czy tu, czy tam. Dlatego też od najmłodszych lat zwiedzając z Tatą najbliższe okolice poznawałem nasze polskie przepiękne łąki z nieodłącznymi głowiastymi wierzbami, nasze polskie niepowtarzalne sosny, zarówno te typowo kurpiowskie, niskie i pokręcone jak i te mazurskie, strzeliste i wysokie i wszystko to, co było w zasięgu spaceru lub rowerowej wycieczki. Umiejętność odnajdywania piękna naszych małych, lokalnych ojczyzn jest bardzo cenna i warto zaszczepiać ją wśród młodzieży. Niestety wydaje mi się, że ta umiejętność bardzo szybko zanika. Jesteśmy łasi na spektakularne widoki i w czasach kiedy samochód czy nawet samolot oraz internet są powszechnie dostępne doceniamy najczęściej urodę tego, co jest daleko i nie mamy tego na co dzień. Nie sztuką jest pojechać w Tatry i zachwycić się pięknem podniebnych szczytów. Sztuką jest poznać okolicę w promieniu dziesięciu czy dwudziestu kilometrów od rodzinnego miasta, wioski i odnaleźć przepiękne drzewa, wijącą się rzeczkę czy drewniany mostek. Może studnię z żurawiem przytuloną do starej wierzby gdzieś na łące lub małą, drewnianą kapliczkę. Być tam o świcie, o zachodzie słońca i wchłonąć to co piękne bo być może za kilka lat te miejsca znikną … 
Wracając do czasów mojego dzieciństwa … zapamiętałem, że wśród typowych rodzimych krajobrazów pojawiały się ptaki. Bociany, rycyki, czajki i kuropatwy. Właśnie te ostatnie, niepozorne i skryte ptaki bardzo polubiłem. Są … takie swojskie. Kojarzą mi się z moją Małą Ojczyzną i z Polską. Bardziej niż bociany i orły.
Zasiane za młodu nasionka gdzieś tam kiełkowały i w późniejszym życiu bardzo interesowała mnie przyroda i ptaki. Obserwowałem je jednak nieregularnie i nie tworzyłem odpowiedniej dokumentacji. Żałuję ale na razie nie umiem cofnąć czasu … na razie …

Przeskoczę teraz kilkanaście lat bo inaczej nikt nie doczyta tego tekstu do końca.

Po skończeniu studiów i tułaczce po wielkim świecie wróciłem do rodzinnego miasta. Ostrołęka, Kurpie ach … powróciły wspomnienia i …kuropatwy. Od zimy 1991/92 rozpocząłem obserwacje tych ptaków. Miałem możliwość czynić to kilka razy w tygodniu bez większego wysiłku co znacznie ułatwiało mi pracę. Zimowe obserwacje ptaków poruszających się głównie na nogach są bardzo proste. Wystarczy przejść się po ich śladach. Moje stadko liczące kilkanaście osobników raz dziennie przechodziło przez drogę i parking dokładnie kilka minut po godzinie ósmej. W latach 1992-1995 zbadałem dokładniej kilkuhektarowe terytorium moich ptaszków. Pary lęgowe były rozlokowane bardzo blisko siebie. Chociaż nie szukałem specjalnie gniazd to widać było po wiosennych utarczkach, że pary musiały być rozlokowane około sto metrów jedna od drugiej. Więcej miejsca nie było ponieważ znaczna część obszaru penetrowanego przez ptaki stanowiły … różnego rodzaju nawierzchnie utwardzone a na betonie kuropatwy jajek nie znoszą … a przynajmniej tak myślałem w roku 1992.

Zima 1993/1994 była … niesamowita. Pijąc poranną herbatkę w cieplutkim pokoiku liczę sobie spacerujące przy drodze ptaszki i … dwadzieścia, dwadzieścia jeden … a one wciąż wychodzą zza ułożonych w stos betonowych płyt. W sumie dwadzieścia siedem osobników plus minus jeden bo z wrażenia mogłem się pomylić. Dwadzieścia siedem kuropatw w jednej grupie. Jak to jest możliwe? Na najdzikszych łąkach to się nie często zdarza albo nie zdarza się nigdy. Pewną teorię wyjaśniającą to zachowanie przeczytacie za kilkadziesiąt wierszy.

W tym prawie idealnym kuropatwianym świecie pojawiały się jednak rysy. Pierwsze były naturalne. Lisia rodzina zadomowiła się w środku rewiru kurczaków. Małych lisków było kilka. Teren mały czyli zagrożenie ogromne. Przyroda często sama sobie znajduje rozwiązania i pomogła kuropatwom przetrwać w bezpośrednim sąsiedztwie drapieżników. W jednym szeregu z kuropatwami stanęły … wrony. Popularne siwuchy też lubiły ten rejon. Co one potrafią zrobić z lisem! Czasem było mi go nawet żal. Stado wron dość często brało się za jego rudą kitę. Zupełnie nie umiał sobie z nimi poradzić. Nawet jeśli go nie atakowały to przelatywały nad nim kracząc i ostrzegając potencjalne ofiary. Okazał się również w pewnym sensie sprzymierzeńcem kuropatw. Konkurentem moich kurczaków były bażanty. Za matecznik miały plantację wierzby energetycznej albo raczej jej pozostałości. Z każdym rokiem było ich coraz więcej. W połowie lat dziewięćdziesiątych było ich już kilkanaście osobników. Ich ścieżki zaczynały się pokrywać z tymi wydeptanymi przez kuropatwy. Liczebność tych ostatnich spadła o połowę. Przestały się również grupować w tak duże stadka. Poza okresem lęgowym przechadzały się w grupkach liczących od trzech do pięciu osobników co znacznie utrudniało ich policzenie. Bażanty okazały się jednak łatwiejszą zdobyczą dla lisa i co jakiś czas małe lisięta odżywiały się pożywnym drobiem. Na kilka lat sytuacja w kurczakowym rewirze unormowała się. Liczebność bażantów dochodziła do około dziesięciu osobników a kuropatw nie przekraczała dwudziestu.

Wspominałem wcześniej, że ptaki nie znoszą jajek na betonie. Raczej nie znoszą. W końcu lat dziewięćdziesiątych przechadzałem się po kawałku placu o nawierzchni z betonowych płyt miejscami od lat popękanych. W pęknięciach wyrastała trawa i różne ciekawe chwasty tworząc mozaikę betonowych kawałkówpooddzielanych od siebie trawą i chwastami. I właśnie na takim kawałku betonu kuropatwy miały gniazdo. Dlaczego w takim dziwnym miejscu? Niestety nie opowiedziały mi o tym ale przypuszczam, że powody mogły być dwa. Pierwszy, prawie pewny, był taki, że bardziej ukryte rewiry były już zajęte. Drugi, to już moje przypuszczenie, taki, że wpływ na wybór tej lokalizacji miała położona w bezpośrednim sąsiedztwie lisia nora. Kuropatwa wysiadując jaja była bardzo mało widoczna ale sama bez trudu mogła dostrzec najmniejszy ruch w okolicy. Sprawdziłem to miejsce później i znalazłem w tym miejscu skorupki jajek oraz zauważyłem rodzinne stadko z młodymi więc z dużym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że kuropatwy lęgną się na betonie. Co dziwniejsze kilkadziesiąt metrów dalej, no może już ponad sto, pojawiły się młode liski. I tak było przez kilka lat. Lisy nękane przez wrony były strasznie biedne i wychudzone i może dlatego kuropatwom udawało się przeżyć i wychować potomstwo. Dzięki częstemu obcowaniu z kuropatwami żyjącymi w pobliżu torów kolejowych zauważyłem również trzmielojada ale o tym czytaliście już w innym artykule. Bardzo ciekawą obserwacją było zachowanie krogulców, które z ogromnym smakiem zerkały z góry na kuropatwy ale nigdy nie zauważyłem nawet próby ataku na dorosłego kurczaka.

To wieloletnie status quo zaczynało się kończyć. Na teren kuropatw wjechały buldożery. Znaczna część areału została utwardzona. Stanęło kilka budynków. Ruch ludzki i samochodowy był spory. Kuropatwy przemykały pomiędzy samochodami. Jakoś sobie radziły jednak policzenie ich było już w pojedynkę niemożliwe. Myślałem, że jest tylko 3-5 osobników ale ilość śladów na pierwszym śniegu wskazywała na znacznie większą liczbę. Mniej więcej w tym czasie wpadłem na pomysł robienia zdjęć ptakom. O ile zrobienie fotografii dokumentacyjnej z samochodu czy też metodą spacerową nie było problem o tyle zdjęcia nadające się do pokazania wydawały się niewykonalne. No ale powoli, powoli, małymi kroczkami … Wyznaczyłem już trasy kuropatw w miejscach dających wystarczającą przestrzeń do zrobienia zdjęć. I wszystko wydawało się proste. Wydawało się ponieważ nie było mowy aby na tym zurbanizowanym terenie, na betonie, jakoś się zamaskować. Nie będę wnikał w szczegóły dlaczego ale niestety tak było. Myślałem, myślałem… Być może właśnie dlategoteraz, po kilku latach, włosów prawie już nie mam? Ale wymyśliłem. Rewelacyjne, w pełni mobilne, wygodne i sprawdzające się maskowanie na kuropatwy biegające po utwardzonej nawierzchni. Wykorzystałem miejsce opisywane wcześniej. Popękany, betonowy plac. Fajnie płasko ale za to trochę twardo. Zacząłem parkować w tym miejscu samochód jednocześnie za każdym razem rozsypywałem trochę ziarna w okolicy. Po kilku dniach kuropatwy wydeptały ścieżkę kilka metrów od niego. W końcu trafiła się lepsza pogoda i ja się położyłem przy samochodzie kierując obiektyw, rewelacyjna SIGMA 150-500, pod autem w stronę kuropatw. I tak powstały moje pierwsze kuropatwiane zdjęcia. Ech, teraz to bym zrobił super materiał z tego ale wtedy te pierwsze dwie, trzy udane jak na tamte czasy klatki dały mi dużą porcję zadowolenia. Szczególnie, że zdjęć kuropatw jest relatywnie niewiele. Tą metodę wykorzystałem jeszcze kilka razy w sposób dynamiczny. Widząc kuropatwy na łące zatrzymywałem się 30-40m od nich i wysypywałem swoje hmmmm… no właśnie chciałem napisać zwłoki ale nie pasuje za bardzo, ruszam się jeszcze… kości też nie, kościsty to ja nie jestem…. Może członki … hmmm ta liczba mnoga…. No dobra, niech będzie, że wysypywałem się z przeciwnej strony samochodu. Metoda się sprawdza, o ile kuropatwy ruszą się w tym kierunku.
Chęć zrobienia zdjęć zmieniła trochę sposób postrzegania otaczającego mnie świata. Zadałem sobie pytanie czy uda się wystawić kuropatwy przed obiektyw wtedy, kiedy będzie mi to pasowało a nie im. No i od razu pomyślałem, ufny swojej jakże szerokiej „inteligencji”, że to żaden problem. Przecież kuropatwy lubią ziarno więc wybrałem miejsce przy ich ścieżce i systematycznie, małymi porcjami podsypywałem smakowite ziarenka. Kuropatwy się pojawiały ale…. Wrrrrrrrrrrr dały mi do wiwatu. Przede wszystkim nigdy nie wpadały typowo „na stołówkę”. Zawsze z pewną dozą elegancji zaglądały do restauracji na małe „co nieco”. Próbowały, testowały nigdy się nie obżerając. O ile na ścieżce koło parkingu pojawiały się jak w zegarku o tyle na przekąski wpadały zawsze znienacka. Na przykład idąc stałą ścieżką obok parkingu o stałej porze udawały, że leżącego obok ziarna nie widzą po czym po jakimś czasie zawracały i się pożywiały. Kilka razy przymierzałem się do fotografowania w tym miejscu i nie udało mi się. Niestety w tej okolicy nie było możliwości czatowania godzinami. Statystyka jednak robi swoje i po kilkunastu, czy może raczej kilkudziesięciu podejściach udało mi się zgromadzić dokumentację fotograficzną. Przestawiałem moje stanowiska na placyki, dróżki, łączki. 
Terytorium kuropatw uległo jednak praktycznie całkowitemu zniszczeniu. Zostało zurbanizowane i zabudowane. Kuropatwy pokazywały się na najmniejszych nawet kawałkach zieleni. Ostatnie stadko złożone z kilku osobników widziałem na trawniku przy drodze krajowej przebiegającej przez Ostrołękę. Ostatnie tokujące kuropatwy w tym obszarze widziałem trzy lata temu. W zeszłym roku miałem ogromne chęci sfotografować ten spektakl ale niestety, nie udało się a w tym roku nie było już takich możliwości bo ptaków już w tym obszarze nie ma.

Toki kuropatw są bardzo ciekawe. Zachowania samców mogą być zupełnie inne od na przykład cietrzewi. Cietrzewie wkraczają na arenę i odbywają potyczki. Kuropatwy natomiast atakują z niesamowitą energią i bardzo często gonią przeciwnika gdzieś prawie po horyzont. To nie jest żart. Samce potrafią przebiec kilkaset metrów zanim zatrzymają się na małe starcie i potem znów pościg. Arena dla dwóch samców może mieć kilka hektarów powierzchni. Jeżeli teren otwarty jest mniejszy to gonitwy bywają bardzo dramatyczne, pełne zwrotów i podskoków. Jeżeli natomiast chodzi o sprawy damsko męskie to ptaki urządzają malutką, skromną potańcówkę wydając przy tym serie śmiesznych gwizdów-pisków. Oczywiście w okresie aktywności rozrodczej samce często stają na uwidocznionym stanowisku i wydzierają się na całe gardło.

Miałem jeszcze jeden ciekawy obszar, na którym obserwowałem kuropatwy. Pojawiały się przez kilka lat. Szkoda, że wtedy nie robiłem jeszcze zdjęć. Niestety, pojawiło się więcej krzaków a wraz z krzakami pojawiły się bażanty. W tym obszarze było podobnie jak w poprzednim. Bażanty zaczęły wypierać kuropatwy i od kilku lat kuropatw już nie ma. Być może długa, śnieżna zima im nie posłużyła?

Zimowe zachowania kuropatw dla wielu osób są zaskoczeniem. Nawet wytrawni ptasiarze często o nich nie wiedzą albo ich nie widzieli. Kuropatwy zakopują się w śniegu. To typowe zachowanie dla kilku gatunków. Cietrzewie czynią podobnie. Ptaki jednak nie tylko otulają się śnieżną pierzynką ale również głęboko pod śniegiem żerują. Na powierzchni śniegu powstaje wtedy ślad podobny do tego, jaki pozostawia kret ryjący płytko pod powierzchnią ziemi. Widziałem tunele o długości kilkunastu metrów na głębokości do około pół metra. Inne ciekawe zachowanie kuropatw obserwowałem w czasie ekstremalnych mrozów dochodzących do trzydziestu stopni. Stadko ptaków lokowało się na dachu jednego z kilku domów. Widać wiedziały, który jest słabiej ocieplony. Co ciekawe, właśnie w czasie tej bardzo ostrej zimy w jednym miejscu na łące wysypywałem sporo ziarna i wszystkie ptaki z okolicy, z bażantami włącznie, stołowały się w tym miejscu. Wszystkie tylko nie kuropatwy. Czasem nocowały 30-40 metrów od tego miejsca ale do stołówki nie przychodziły. 

Na koniec wdam się w polemikę z wieloma zawodowymi ornitologami, którzy często w opisach kuropatwy podają jako miejsce występowania okolice siedzib ludzkich. To jest zasadniczo nieprawda. Powinno być to podane odwrotnie. To ludzie osiedlają się w miejscach zamieszkałych przez kuropatwy. Z moich obserwacji wynika, że kuropatwa jest bardzo przywiązana do swojego rewiru i pozostaje w nim tak długo jak tylko może. Człowiek stawia dom obok jej gniazda a ona pozostaje dalej w tym miejscu, do chwili aż ostatni fragment wolnej łączki nie zostanie zajęty lub nie zabiją jej wprowadzone przez człowieka do jej środowiska psy i koty. Dlatego najczęstszym miejscem, w którym możemy zobaczyć kuropatwy jest sąsiedztwo siedzib ludzkich. Wspominałem wcześniej o dużym zimowym kuropatwowym stadzie. Skąd ono się wzięło? W rejonie, w którym ptaki licznie występowały, ludzie zaczęli wznosić nowe budowle. Tam gdzie nie było budynków powstawały place, parkingi, drogi. W końcu w jedynym możliwym do przeżycia miejscu zebrały się wszystkie okoliczne kuropatwy.

Zdjęcia załączone do tego artykułu sporo czasu już przeleżały na dysku. Miałem go napisać po sfotografowaniu tokujących kuropatw. Niestety czas leci a miejsca, w których planowałem to zrobić są już nieodwracalnie zmienione przez człowieka. Jest więc artykuł bez oczekiwanych zdjęć. 

Może kiedyś …